Łowy bez kołowrotka!

Mateusz Pustuła: „Zwariowałeś!” - taką krótką inwektywą pozdrowił mnie mój wędkarski przyjaciel Szymon, gdy w ubiegłym roku nie przyjąłem jego zaproszenia na kwietniowe pstrągi. Im bliżej 40-setki, tym coraz mocniej zataczam wędkarskie koło, wracając do metod wędkarskich dawno zapomnianych, dla wielu wędkarzy nieatrakcyjnych, a obecnych np. w dzieciństwie. Takim oto dziwnym trafem nie pojechałem na pstrągi, a wróciłem do łowienia… batem! Techniki wędkarskiej na długi czas pominiętej w moim życiorysie. 

Powiadom znajomego:

Żeby lepiej zrozumieć wykluczenie tej metody z mojego wędkarskiego życiorysu należy sięgnąć pamięcią daleko, do genezy mojej przygody z łowieniem ryb. Nieco książkowo wszystkiemu winien był mój ojciec, który zaszczepił we mnie wędkarskiego bakcyla podczas rodzinnych wyjazdów nad rzekę Nidę w okolicach Pińczowa. Pozwalał mi wówczas na łowienie przepływanką, wędką z kołowrotkiem, ale z czasów tych pamiętam niewiele. Na pewno mnóstwo frajdy dawało mi obserwowanie spławika, ale pamiętam jeszcze mniej przyjemne doświadczenia, a mianowicie złość mojego ojca, gdy po raz kolejny musiał rozplątywać ze-staw, kołowrotek z wkręconą żyłką lub po prostu próbował wyrwać haczyk z podwodnego zaczepu. Jakoś tak wówczas było, że wszelkiego rodzaju zawady, krzaki czy nieproszone węzły bardzo mnie lubiły.

Nie zliczę zapewne ilu wędkarskich zestawów pozbawiłem mojego kochanego tatę, ale… miarka się (chyba) przebrała, bo w kolejne wakacje wybraliśmy się całą rodziną na Mazury, a jako „nagrodę” za te wszystkie męki mojego „padre” dostałem swoją pierwszą wędkę (tyle że bez kołowrotka).

Pierwszy bat

W tym miejscu zaczyna się właściwa historia, choć jako dziecko otrzymanie wędki bez kołowrotka traktowałem raczej w kategoriach kary. Na Mazury wracaliśmy rokrocznie, a tata zbudował dla mnie oraz brata niewielki pomost nad jednym z wolno płynących kanałów. Dla większego komfortu obcięte zostały wszystkie gałęzie wokół stanowiska, które mogłyby przeszkadzać w łowieniu. W wodzie pozostały natomiast grążele, stanowiące naturalnym schronieniem dla wielu gatunków ryb. Z pomocą bata przełowiłem niejedne wakacje i powoli nabierałem węd-karskiego doświadczenia. Wędka bez kołowrotka, jak żadna inna, uczy pokory, szczególnie w starciu z silniejszymi rybami. Mój pierwszy bat był ciężki, toporny, ale nadrabiał trwałością. Ileż on przyjął na siebie uderzeń? Tego nie sposób policzyć, ale ciągle dawał radę. Za pomocą bata łowiłem jeszcze wiele lat, aż do czasu, kiedy przestaliśmy wyjeżdżać na Mazury i rozpocząłem samodzielne wyprawy, a wśród technik, które sobie upodobałem, prym wiodła odległościówka oraz spinning.

Do łowienia batem wróciłem kilka sezonów temu i żeby było zabawniej historia zatoczyła koło. Wspólnie z moim ojcem i jego wnukiem (a mo-im synem) wyjechaliśmy na Mazury, dokładnie w miejsce z mojego dzieciństwa. Co prawda pomost zbudowany przez tatę dawno się rozpadł, ale podobnie jak kiedyś mój ojciec, tak teraz ja przygotowałem stanowisko wędkarskie dla mojego syna. Obciąłem wszystkie niebezpieczne gałęzie, skosiłem trawę i zakupiłem synowi wędkę bez koło-wrotka. No i stało się - wędkarstwo porwało moje dziecko i nawet bożonarodzeniowa gwiazdka z prezentami nie jest dla niego tak atrakcyjna, jak wędkarski, coroczny wyjazd na Mazury i łowienie batem.

Ciut przydługa ta geneza, ale chciałbym, żeby Czytelnicy lepiej zrozumieli skąd ten powrót do wędkarskich początków, bowiem inspirowany doświadczeniami i radością syna postanowiłem samemu wrócić do łowienia batem. Wczesną wiosną uwielbiam łowić tą metodą nie tylko małe i średnie ryby, ale również te większe okazy, które przy odrobinie umiejętności i szczęścia jesteśmy w stanie wyholować. Zanim jednak przejdziemy do łowienia napiszę o sprzęcie, którego używam.

Co kupić?

Wielu moich wędkarskich kolegów, myśląc o łowieniu batem, ma przed oczami szybkościowe łowienie uklei. Dobrze czytacie i nie przejęzyczyłem się, ale bat podczas zawodów wędkarskich bardzo często wykorzystywany jest właśnie do takiego łowienia. W minionym roku, podczas finału zawodów VDE-Robinson Supercup, które odbyły się na rzece Odrze, zwyciężył mój wędkarski kolega Marcin Wacha, który cały swój wynik zbudował właśnie na uklejach i szybkościowym łowieniu batem. Zgarnął przy tym całkiem niezłą sumkę, bo jeśli dobrze pamiętam za pierwsze miejsce należało mu się 30 000 zł w gotówce. Całkiem niezła kwota za 4 godziny machania batem niczym końskim biczem w tę i z powrotem. Jeśli chcecie wyglądać jak Harrison Ford w pierwszym filmie z cyklu Indiana Jones to łówcie batem ukleje (powodzenia!).

O ile łowienie uklei na czas kompletnie mnie nie kręci, to średnie i duże ryby na bata to już inna działka. Pisząc „duże” mam na myśli ryby do 2-3 kg masy, choć pewnie uda nam się również wyholować nieco większe przyłowy. Żeby było to wykonalne potrzebujemy dobrej jakości bata.

Na rynku sporo mamy wędek, które zachwycają swoją lekkością, szyb-kością, ale mimo naprawdę wysokiej ceny są przeznaczone przede wszystkim do zawodniczego łowienia, więc nie charakteryzują się dużą odpornością na uszkodzenia. Od kilku lat korzystam z jednego bata, można powiedzieć, że z budżetowej półki, bo jeśli cena wędki zamyka się w kwocie …”

Na stronie 18 WW 4/26 Mateusz Pustuła łowi płocie, liny i leszcze na pełny zestaw.