Jak łowić ryby - techniki , Morskie sandacze łowić - zdjęcie, fotografia
Wiadomości Wędkarskie 06/10/2019 06:00

W środę późnym wieczorem zadzwonił do mnie Rafał. Nie słyszałem się z nim ponad rok. Pierwsze zdania, które do mnie powiedział, brzmiały mniej więcej tak: „Nie odzywałem się, bo niewiele się działo, ale teraz jest dobrze. Łowimy po 50–60 sandaczy dziennie. Głównie takie 5–6 kg, ale mieliśmy kilka byków, których nie daliśmy rady wyciągnąć, bo strzelała plecionka. Chcesz połowić, to przyjeżdżaj jutro. Od soboty zmienia się pogoda i będzie po rybach”.

To niemożliwe – pomyślałem. Takie rzeczy i to do tego w Polsce. Pewnie robi sobie ze mnie jaja! Zadzwoniłem do Damiana, który również łowi na tym samym jeziorze. Powiedział, że relacje Rafała niewiele mijają się z prawdą. Ostatni raz sandacze tak liczną grupą weszły z morza 7 lat temu. Z opowieści rybaków miało wynikać, że tak wielkich stad sandaczy w swoim życiu nie widzieli. Po rozmowie podesłał mi jeszcze MMS-a z dwoma sandaczami: metr i 85 cm. O rany, co tu robić?!
Na weekend miałem zaplanowany wypad z kobietą do Krakowa. Sam nie pojadę nad morze. Dzwonię do Marasa! Było już po 22, więc dobiłem się dopiero za trzecim razem. „Mordeczko, pilna sprawa, biorą sandacze i to głównie takie z ósemką z przodu. Mam potwierdzone informacje. Najpóźniej jutro w nocy musimy wyjechać”. Marek ucieszył się, bo dawno razem nie byliś­my na rybach. Powiedział, że zrobi co w jego mocy, żeby przekonać kobietę, bo również miał z nią plany weekendowe. Zajęło mu to chwilkę i trochę po północy oddzwonił do mnie. „Udało się! Nie było łatwo, ale ją przekonałem. Jutro możemy jechać”. W takiej sytuacji nie miałem wyboru. Swoją ukochaną musiałem postawić przed faktem dokonanym. Pozostało tylko poustawiać wszystko w robocie i spakować cały wędkarski „mandżur”. Jak to zwykle bywa, następnego dnia wypadło kilka nieprzewidzianych spraw i zamiast o 23 wyjechaliśmy po 2 w nocy.
W piątek, chwilę po 9, spotkaliśmy się z Damianem nad jeziorem. Opowiedział nam o tym, jak to już ma dość sandaczy. Metrówka i kilka dziewięćdziesiątek zaliczone, a osiemdziesiątki nie robią już na nim wrażenia. Nie wiedzieć czemu, zabiera nas najpierw na szczupaki, a później na okonie. Fajne ryby, ale nie po to tu przyjechaliśmy. Po 3 godzinach udaje nam się w końcu uprosić Damiana, by pokazał nam miejsce, gdzie duże sandacze przychodzą na żer.

Przymorskie jeziora nie należą do głębokich, średnie głębokości wahają się od 1,5 do 2,5 m. Sandacze cały czas przemieszczają się stadami po jeziorze. Znalezienie ich żerowisk jest niezwykle trudne i wymaga dużo czasu spędzonego na wodzie. Najlepszą metodą byłby trolling, ale obficie rozwinięta roślinność podwodna uniemożliwia przepłynięcie choćby kilkudziesięciu metrów bez złapania zaczepu. Damian zabrał nas na 1,5-metrowy blat, gdzie przebywają płocie i leszcze. Stada sandaczy wpadają w to miejsce kilka razy dziennie na wyżerkę. Razem z Markiem zaczęliśmy obławianie miejscówki zapachowymi jaskółkami firmy „Z-man”. Łowiliśmy w zielsku, więc gumy montowaliśmy na haku offsetowym z czeburaszką. Ryby nie reagowały na klasyczny opad.

Pierwsze branie Marek zalicza przez przypadek. Chwilę się zagadaliśmy, a on przestał zwijać przynętę. Nagle poczuł uderzenie, instynktowne zacięcie i siedzi. Tyle, że nie sandacz, a potężny leszcz. Pływające gumy „Z-mana”, na które łowiliśmy, po przerwie w zwijaniu lekko unosiły się nad dno. Zapach i delikatna praca przynęty prowokowały leszcze do ataku. Tym sposobem wylądowaliśmy parę ładnych sztuk. Damian w tym czasie przestawił swoją łódkę 100 metrów dalej i zaliczył pierwszego sandacza. Tym samym dał nam znać, że mętnookie weszły w łowisko.
Zmieniliśmy przynęty na większe gumy i znowu powróciliśmy do opadu. Długo nie trzeba było czekać. Maras już w drugim rzucie zalicza potężne uderzenie i zacina ładną rybę. Walka, jak na sandacza, jest dość ostra. Kij o wyrzucie do 40 g gnie się do granic wytrzymałości. Marek nie wytrzymuje presji i odkręca lekko hamulec w kołowrotku. Jestem zdziwiony jego decyzją, bo łowiliśmy już razem mętnookie mniej więcej 80 cm i nigdy nie dawaliśmy im luzu. Ryba zaczyna robić odjazdy po kilkanaście metrów. Tak walecznego sandacza nie widziałem w życiu! Walka trwa około 3–4 minut i w końcu udaje się podebrać rybę. Piękny, gruby smok z ósemką z przodu. „Miałeś farta, że ci się nie wypięła. Ja nie dawałbym luzu” – skomentowałem. Marek uśmiechnął się i odpowiedział: „Zobaczymy, czy będziesz taki cwany, jak sam zapniesz takiego smoka?”.
Damian i Marek zaliczają jeszcze po 2 mniejsze ryby, takie trochę ponad 70 cm, i brania ustają. Sandacze opuściły żerowisko. Damian informuje nas, że mamy teraz 2–3 godziny przerwy i możemy popłynąć pobawić się z okoniami. My jednak twardo obstajemy przy swoim i postanawiamy pokręcić się w okolicach blatu, dalej szukając sandaczy. Faktycznie przez ponad 2 godziny nic się nie działo. Zaczął wiać silniejszy wiatr.
Łowiąc na 1,5-metrowej wodzie, założyłem główkę 12 g i 15-centymetrowego „Longhorna” w kolorze firetiger. Opad był bardzo szybki. Poczułem delikatne pstryknięcie, szybkie zacięcie w tempo i czuję, jakby na drugim końcu zestawu uwiesił się wielki konar drzewa. Ryba tylko sekundę stała w miejscu, po czym wystartowała jak pocisk. Nie wiedziałem co się dzieje. Zasuwała od lewej do prawej w ekspresowym tempie. Plecionka cięła wystające z wody trzciny, a ja ledwo trzymałem wędkę w ręku. Czy to możliwe, że sandacz tak walczy? Siła i furia ryby przeraziły mnie i zacząłem się obawiać o zestaw, bo kij był już wygięty do granic możliwości. Zastanawiałem się już, czy nie odkręcić hamulca i... poczułem luz na plecionce. Ryba spięła się! Stałem jak sparaliżowany, a serce waliło niczym młot pneumatyczny. Co to było? Chwilę zajęło mi dojście do siebie.

Potwór Marka, którym rozpoczął swoją przygodę z morskimi sandaczami

Mój humor na szczęście szybko się poprawił, bo w kolejnym rzucie znowu mam delikatny pstryk i po zacięciu czuję, jakbym zahaczył łódź podwodną. Do łódki ryba idzie spokojnie i tylko co jakiś czas rzuca głową. Czuję, że mam do czynienia z wagą ciężką. Sandacz, po podciągnięciu do powierzchni, dostaje werwy i zaczynają się silne odjazdy. Marek miał rację – nie wytrzymuję ciśnienia i w strachu przed utratą ryby odkręcam hamulec. Parę silnych odjazdów i przeciwnik jest mój. Potężna ryba, grubo ponad 80 cm. Bez wątpienia była to najpiękniejsza walka, jaką dotychczas zafundował mi sandacz, którego udało mi się wyjąć.
Następnego dnia na miejscówce pojawiamy się skoro świt. Na sandacze czekamy około 1,5 godziny. Tego dnia mamy farta. Weszło olbrzymie stado i przez prawie godzinę zaliczamy branie po braniu. Łowimy głównie ryby w przedziale 70–80 cm. Po wyholowaniu 3 dorodnych smoków zmieniam gumę na „Longhorna” firetiger, na którego dzień wcześniej miałem potężną rybę. Po paru rzutach sytuacja z dnia wczorajszego się powtarza. Mam delikatne pstryknięcie, czuję duży opór, po czym ryba wystrzela jak pocisk. Nie jestem w stanie utrzymać wędki, bo ta wyginała się w łuk. Kij wyprostowuje się, łapię za szpulę, chcę odkręcić hamulec i w tym momencie strzela mi plecionka!
Do wieczora łowimy jeszcze kilka ryb mniej więcej 80-centymetrowych.  
Następnego dnia pogoda się zmienia. Silny wiatr uniemożliwia wyjście na jezioro, a my wracamy do Warszawy. Jestem szczęśliwy, że było mi dane spotkać się z tak silnymi sandaczami i złowić rybę życia. Mam jednak pewien niedosyt po dwukrotnie przegranej walce z potężnymi smokami. Najbardziej jednak męczy mnie pytanie, czy za rok znów będę mógł się zmierzyć z bałtyckimi mętnookimi, czy znowu będzie trzeba czekać na nie 7 lat?


Tekst i zdjęcia Majki Pecyna

Reklama

Morskie sandacze - jak łowić komentarze opinie

Dodajesz jako: |
 Reklama

25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez wiadomosciwedkarskie.com.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Polski Związek Wędkarski Redakcja Wiadomości Wędkarskie z siedzibą w Warszawa 00-831, Twarda 42,

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"