Porady wędkarskie » Spinningowe

Trociowe reminiscencje

Trociowe reminiscencje

Żadne ryby naszej ichtiofauny, zwłaszcza na początku sezonu, nie wywołują tak wielkiej presji wędkarskiej, jak troć wędrowna i łosoś. Obojętnie, czy to będzie zadymka śnieżna, czy siarczysty mróz i płynąca nurtem rzeki kra, 1 stycznia każdego roku tysiące wędkarzy z całego kraju zjawia się nad trociowymi rzekami Pomorza, aby zdobyć „srebrne łuski”. Nad Parsętą, Regą, Słupią, Wieprzą czy Drwęcą w dniu tym wędkarze zajmują stanowiska zaledwie kilka metrów od siebie. Powodem tego jest możliwość złowienia tych fascynujących, walecznych ryb, które po odbytym tarle stopniowo spływają do morza. Prócz masowo spływających keltów o średniej masie 2–3 kg, można również w tym okresie (jak i znacznie później) złowić takie kolosy, jakie poławiali w ostatnich latach nasi rekordziści.


Sportowy połów troci i łososi na wędkę ma w Polsce wieloletnie tradycje. Jeszcze w okresie międzywojennym, w karpackich dopływach Wisły, poławiano corocznie na sztuczną muchę i na spinning setki troci. Najbardziej bogaty w te wielkie salmonidy był Dunajec, prawy dopływ Wisły. Trocie tej rzeki nazywano „łososiem dunajcowym”, gdyż nierzadko osiągały masę ponad 10 kg, przy długości przekraczającej 1 m. Łososie osiągały tam jeszcze większe rozmiary i masę.


Nasze trocie
Po drugiej wojnie światowej zasięg występowania troci w Polsce znacznie się rozszerzył. Wprawdzie na skutek przegradzania zaporami Wisły troć i łosoś w karpackich dopływach rzeki stopniowo zanikały, to jednak ubytek troci zrekompensowały liczne rzeki pomorskie z bogatą populacją tych ryb. Natomiast resztki troci wiślanej, po wybudowaniu zapory we Włocławku w 1969 roku, zaczęły odbywać tarło w Drwęcy i jej dopływach oraz w kilku mniejszych rzekach wpadających do Wisły poniżej zapory we Włocławku. Obecnie na całym polskim wybrzeżu można naliczyć ponad dwadzieścia rzek, do których stale wchodzi troć na tarło. Olbrzymie łososie spotykamy natomiast w co najmniej 11 większych rzekach Pomorza oraz Wisły i jej dolnych dopływach. Ostatnio taki olbrzym został złowiony w Parsęcie na spinning 26 września br. Łowcą ryby był wędkarz z Karlina, Henryk Semotiuk. Łosoś miał długość 124 cm i masę 16,28 kg (zdjęcie ryby dla Czytelników „WW” otrzymałem dzięki uprzejmości Prezesa ZO PZW Koszalin, pana Marka Lewandowskiego, za pośrednictwem znanego łowcy troci, Stefana Przychoćki).
Trocie z rzek polskich rosną szybko i osiągają znacznie większe rozmiary i masę od troci pochodzących z rzek irlandzkich, szkockich, norweskich, a nawet z większości rzek szwedzkich. Wzrost troci dzieli się bowiem na dwa etapy. Pierwszy – wolny – w rzece i drugi – bardzo szybki – w morzu. Na tempo wzrostu ma duży wpływ położenie geograficzne cieków. Trocie w rzekach północnych rosną wolniej niż w rzekach położonych na południu. Proces smoltyzacji w Polsce trwa od dwóch do czterech lat, a w Norwegii pięć i więcej. Podobnie trocie z rzek północnych rosną wolniej w morzu i dłużej w nim przebywają, aby osiągnąć podobną masę jak w rzekach polskich.
Średnie rozmiary poławianych na wędkę troci w rzekach pomorskich wahają się od 50 do 80 cm. Znacznie większe przekraczają długość jednego metra i masę nawet do 10 kg. Rekord Polski wynosi 14,7 kg. W Wiśle i Drwęcy poławiane są najczęściej ryby o masie 1,5–5 kg, ale trafiają się też i większe sztuki długości 80–90 cm, a nawet powyżej metra.

 

Łosoś z Parsęty (124 cm, 16,28 kg) i jego łowca Henryk Semotiuk


Troć wiślana należy do najlepiej rosnących populacji tego gatunku. Wśród odławianych i znakowanych troci wiślanych notowano osobniki bardzo duże. W listopadzie 1968 roku, w ujściu Wisły, złowiono troć długości 111 cm i masie 14,1 kg. Był to samiec po tarle (kelt), a zatem jego masa na początku wędrówki tarłowej była znacznie większa. W grudniu 1973 roku, w Wiśle koło Tczewa, złowiono troć długości 108 cm i masie 16,2 kg. W 1971 roku złowiono troć, która w ciągu czterech lat w morzu osiągnęła długość 104 cm i masę 11 kg. Za jeszcze większą rewelację należy uznać niezwykle szybki wzrost troci, która została złowiona na wędkę w 1992 roku w Drwęcy przez M. Kielara. Ryba ta, jako znakowany smolt w wieku 2+ (długości 22 cm i masie 150 g) została wpuszczona do Drwęcy w Lubiczu w 1990 roku. W chwili złowienia, a więc 2 lata później, miała masę 9,5 kg. Można sądzić, że troć wiślana osiąga masę powyżej 20 kg. Faktem przemawiającym za tym jest złowienie w 1962 roku samicy troci długości 107,5 cm i masie 19,2 kg (Jokiel 1963).


Dwie szkoły
Wędkarze polscy łowią te wielkie salmonidy głównie na spinning, w mniejszym stopniu na sztuczną muszkę, a jeszcze rzadziej różnymi metodami w morzu. Do połowu spinningiem stosują przeważnie wędziska długości 210–280 cm. Kołowrotki zwłaszcza o stałej szpuli z żyłką 0,30–0,40 mm, jak również cienką, ale mocną plecionką. Przynęty to błystki wahadłowe typu „karlinka”, długości 5–7 cm i masie 20–30 g.Woblery to modele raczej tonące o jaskrawej kolorystyce. Niektórzy wędkarze stosują ostatnio również przynęty miękkie.
Taktyka połowu troci jest prosta: w zimie i na przedwiośniu, przy dużej wodzie, schodzi się w dół rzeki bez obawy spłoszenia ryb, które stoją głębiej, głowami pod prąd. Rzuca się niemal prostopadle do drugiego brzegu albo nawet nieco pod prąd, aby wykorzystać nurt rzeki do zagłębienia błystki. Naturalnie przy zwalonych drzewach, głazach leżących w wodzie, zakolach czy głębokich rynnach rzecznych staramy się, aby błystka przedefilowała przed domniemanymi stanowiskami ryb. W lecie, przy niskim stanie wody, wielu wędkarzy stosuje metodę „w górę rzeki”, rzucając błystkę pod ostrym kątem pod prąd i ściągając ją z nurtem. W ciągu kilku dekad zmagań wędkarskich z trociami na Pomorzu wykształciły się dwie szkoły połowu troci na spinning: „karlińska” i „trzebiatowska”.
W metodzie „karlińskiej” stosuje się cieńsze żyłki i cięższe błystki, przeważnie bez dodatkowego obciążenia. Odpowiednie ruchy błystki uzyskuje się przez szybsze lub wolniejsze skręcanie żyłki oraz odpowiednie manipulowanie szczytówką wędziska.
Metoda „trzebiatowska” stosowana jest głównie przez wędkarzy znad Regi. Wędzisko jest nieco sztywniejsze niż przy metodzie „karlińskiej”. Kołowrotki przeważnie o ruchomej szpuli o dużej średnicy (produkcji rosyjskiej albo własnej konstrukcji). Żyłka bardzo gruba – od 0,40 do 0,60 mm. Błystki podobne do „karlinek”, tylko trochę bardziej wydłużone i bardziej wygięte, wykonane z cieńszej blachy mosiężnej, na wierzchu najczęściej dekorowane. Błystki te są znacznie lżejsze od błystek karlińskich. W związku z tym (oraz z uwagi na grube żyłki) zakłada się na nich w odległości 30 cm powyżej błystki ciężarek ołowiany. Technika połowu takim zestawem ma tę zaletę, że możemy błystkę prowadzić bardzo wolno w dolnych partiach wody. Silnie wyprofilowana błystka, nawet przy niewielkim prądzie, wykonuje niezwykle żwawe ruchy wahadłowe, a przy silnym nurcie – obrotowe.

 

Tak oto stałem się prekursorem „trzebiatowskiej” szkoły łowienia

 

Na jeden z moich pierwszych wypadów na trocie wybrałem się nad Regę do Trzebiatowa. Już w pierwszym dniu (2 kwietnia 1956 roku) udało mi się złowić pierwszą w życiu srebrną troć. Złowiłem ją na solidną klejonkę tonkinową, prymitywny kołowrotek o ruchomej szpuli bez łożysk kulkowych i żyłkę o grubości 0,40 mm. Stosowałem do połowu błystkę „Heintza” uzbrojoną w jedną kotwiczkę, zamocowaną w silnie wygiętej części ogonowej błystki. Zdajecie sobie sprawę, jak trudno było tym zestawem wykonać daleki rzut? Wobec tego około 40 cm powyżej błystki musiałem zamocować dość ciężką oliwkę ołowianą. Tak dociążonym zestawem rozpocząłem łowienie. Już po 3 godzinach spinningowania, na prostym odcinku Regi, około 3 km poniżej Trzebiatowa, nastąpiło branie. Ryba zagryzła gwałtownie prowadzoną w nurcie błystkę. Atak był tak silny, że jeden z grotów kotwiczki wbił się głęboko w zewnętrzną część nosa ryby. Wściekła troć wyprawiała niezwykłe harce i młynki tuż pod powierzchnią wody. Hol się przedłużał. Głośno wyrażałem swoje emocje, obawiając się, że w końcu ryba się urwie. Wędkarze z drugiego brzegu pocieszali mnie i podtrzymywali na duchu wołając, że nic takiego się nie stanie. I rzeczywiście, po kilku minutach udało się szczęśliwie lądować rybę. Później jeden z przyjezdnych wędkarzy ze Świebodzic zrobił mi z trocią pamiątkową fotkę, obiecując solennie, że zaraz po powrocie do domu ją prześle. Po przeszło roku, gdy już straciłem nadzieję, nadszedł list i oczekiwane zdjęcie.
Po wielu latach, oglądając zdjęcie, uzmysłowiłem sobie, że już w roku 1955 z konieczności stałem się prekursorem „trzebiatowskiej” szkoły łowienia.

 

Tekst z archiwyum "WW"

 

Tekst i zdjęcia Marian Paruzel

 

 

 


 

Dodane przez: Redakcja WW

Powrót do wszystkich

Komentarze

Jeszcze nikt nie dodał komentarzy do tego wpisu.

Dodaj nowy komentarz

Chcesz dodać komentarz? Zaloguj się