Porady wędkarskie » Spinningowe

Srebro z kamieni - jak przygotować się do łowienia troci

Srebro z kamieni - jak przygotować się do łowienia troci

Czy wylegiwanie się z wędką na pomoście odrobinę Cię nie nudzi? Czy przerzucanie kolejnych szczupaków i okoni nie stało się już rutyną? Jeśli tak, to znaczy, że potrzebujesz trochę urozmaicenia. Odskocznią może być wyprawa nad kamienistą wyspę Bornholm i polowanie na bałtyckie trocie. 


Najlepszym okresem jest wczesna wiosna i późna jesień. Podobno dla prawdziwych trociarzy ryby z Bornholmu się nie liczą. Być może. Jednak wracając po tygodniu zwiedzania kamienistych plaż z trzynastoma rybami na koncie, czułem się jak prawdziwy zwycięzca. Zmęczony, o kilka kilogramów lżejszy, ale z naładowanymi akumulatorami na cały sezon. Brodzenie w Bałtyku odkryłem na nowo i już odliczam miesiące do kolejnej wyprawy. Kto lubi prawdziwe wyzwania i walkę z samym sobą, musi koniecznie spróbować bornholmskiego srebra dla zuchwałych.


Kamienista wyspa


Bornholm to duńska wyspa o powierzchni prawie 600 km2. Położona jest w południowo-zachodniej części Bałtyku. W okolicach wyspy organizowane są wyprawy na dorsze i łososie, najciekawsze jest jednak łowienie troci w płytkich wodach przybrzeżnych. Oprócz troci trafiają się również pstrągi morskie. 
Przed sezonem letnim dopłynięcie na wyspę jest trochę utrudnione. Ze Świnoujścia można dostać się do Ystad, a następnie przepłynąć szybkim katamaranem do Bornholm – Sassnitz. Licencje na wędkowanie kosztują w przeliczeniu na złotówki około 70 zł. Można je nabyć w informacjach turystycznych. Dobrze jest wykupić ubezpieczenie. Podczas łowienia z kamieni wybicie sobie zębów lub złamanie nogi jest całkiem prawdopodobne. Koniecznie trzeba odwiedzić miejscowy sklep wędkarski i kupić blachy, Hamery i Bornholmpilkery. Nie są drogie i właściwie kilkoma sztukami można łowić cały tydzień. 
Najbardziej znanymi miejscowościami, w których łowi się morskie trocie z plaży, są Arnager i Snogebaek. Cała sztuka polega jednak na poruszaniu się po wybrzeżu samochodem i poszukiwaniu ryb. Żadna teoria nie zastąpi wiedzy doświadczonego przewodnika wędkarskiego. Jeśli ktoś chciałby uniknąć badania wyspy na własną rękę i straty czasu, podaję numer telefonu do mojego kumpla, Janka, który załatwił promy, licencje, zorganizował kwaterę z sauną, basenem i jacuzzi, a następnie zaprowadził nas za rączkę w miejsca, w których ryby pojawiały się w zależności od kierunku wiatru i temperatury wody, co pozwoliło każdemu złowić wymarzony okaz (Janusz Sitnicki, kom. 510-395-758).


Surowe warunki


Zanim wpłaciłem kasę za prom i kwatery, poszperałem trochę na temat Bornholmu na forach. Opinie o kamienistej wyspie są podzielone. Niektórzy bardzo sobie chwalą pogoń za srebrną rybą, inni byli zdecydowanie niezadowoleni. Wszystko chyba zależy od wędkarskiego temperamentu. Jeśli ktoś lubi przykleić się do rumpla i śledzić „łuczki” na echosondzie, może być grubo zawiedziony. Całodzienne brodzenie po oślizgłych kamieniach i walka z falami o każdy centymetr stabilnego podłoża to wędkarski sport ekstremalny, wystawiający na próbę zarówno wędkarza, jak i jego sprzęt. Z rybami też jest różnie. Niektórzy łowią trocie prawie codziennie, inni po upływie tygodnia mają na koncie jedną, dwie lub trzy ryby. Zdarzają się również pechowcy, którzy nie łowią nic. Nam się udało. Po tygodniu wędkowania w osiem osób złowiliśmy ponad 50 ryb.


Uzbrojony po zęby


Oprócz umiejętności, dużo zależy od użytego sprzętu wędkarskiego. Z morskimi falami nie ma żartów. Każde niedociągnięcie lub źle dobrany sprzęt może całkiem uniemożliwić łowienie. Trzeba przyjąć jako pewnik, że przynajmniej raz dziennie będziemy pływali. Kołowrotek nieprzystosowany do takich warunków przestanie się kręcić, buty z nieodpowiednią podeszwą mogą całkiem uniemożliwić brodzenie, kiepskiej jakości kurtka będzie przemakać. Aby nam było ciepło i sucho (przynajmniej przez jakiś czas), należy zabierać nad wodę dwa komplety ciuchów. Nawet jeśli zdarzy się wywrotka lub fala zabierze nas z kamienia, można się szybko przebrać i łowić dalej. Podstawą jest bielizna termoaktywna. Chociaż na początku kwietnia było w miarę ciepło, miałem na sobie dwa termoaktywne komplety. Do tego jedna lub dwie bluzy z kapturem, w zależności od temperatury i siły wiatru. W samochodzie musimy mieć zawsze drugi taki zestaw. Tak samo z kurtkami do brodzenia. Specjalnie na wyjazd nabyłem kurtki termoaktywne do brodzenia Daiwa Game Breathable i Vision Light Brown. Nie przemakają, nie przepuszczają wiatru i nawet podczas wzmożonego wysiłku nie zalewałem się w nich potem. Podstawą wyposażenia są dobrej jakości śpiochy. Brodzenie w zwykłych woderach odpada. Podczas całodziennego łażenia po prostu zamęczylibyśmy się w nich. Na Bornholm zabrałem śpiochy Ikon Waders firmy Vision i buty Loikka Gummi & Stud. Śpiochy są niesamowicie wygodne, a specjalna podeszwa butów, uzbrojona w wolframowe kolce, pozwala utrzymać się na najbardziej śliskich kamieniach i kamiennych płytach. Niestety, choć zestaw bardzo komfortowy (buty nieraz uchroniły mnie od kąpieli), nie należy do najtańszych, a trzeba mieć jakiś zapas, gdyby śpiochy uległy podarciu i nie dały się naprawić na miejscu. Na zapas zabrałem neoprenowe spodniobuty Team Cormoran. Co najważniejsze – ten model ma specjalną podeszwę z filcu, która również umożliwia komfortowe brodzenie i jest niezłym rozwiązaniem, gdyby temperatura powietrza gwałtownie spadła. Do oddawania dalekich rzutów trzeba zabrać ze sobą długie wędzisko i nieczuły na morską sól kołowrotek, oczywiście razy dwa. Moim podstawowym zestawem była wędka Daiwa Exceler Sea Trout 3,15 m, 15–45 g i kołowrotek Daiwa Caldia SHA 2500 z nawiniętą plecionką Daiwa Tournament 0,12 mm. Taki przekrój plecionki umożliwi oddawanie bardzo dalekich rzutów. Całości dopełnią okulary polaryzacyjne, przynajmniej 3 pary neoprenowych rękawiczek na zmianę i oczywiście duży,

trociowy podbierak


Pobudka o 4 rano. Szybka kawa, śniadanie i nad wodę. Ale nie od razu. Najpierw komputer i prognoza pogody. Najważniejszym zagadnieniem jest kierunek wiatru. Najlepiej, aby wiał w stronę brzegu. Z kamienisk i raf fale wymywają niewielkie żyjątka, uruchamiając podwodną stołówkę. Trocie można oszukać wahadłowymi blachami i sztuczną muchą. Sprawa jest właściwie banalnie prosta. Wystarczy być o odpowiedniej porze w odpowiednim miejscu. Rano i wieczorem ryby są blisko brzegu. W ciągu dnia trzeba poszukać ich trochę dalej. Długość rzutu spokojnie wystarcza. Jeśli w ciągu godziny nie ma brań, najlepiej pojechać w inne miejsce. Nie ma szans, aby w końcu nie trafić żerującego stada. Proste, prawda? Teoretycznie. Pierwszą rybę wymęczyłem dopiero czwartego dnia, chociaż bardzo się przykładałem i siedziałem w wodzie od bladego świtu do ciemnego wieczora. Pierwsza troć rozwiązała worek pełen ryb. Chociaż dzień wcześniej byłem już bliski załamania nerwowego, hol srebrnej torpedy dodał mi sił i wiary w siebie.


Bez kija nie podchodź


Nasi przewodnicy, Janek i Kamil, na bornholmskich kamieniach zjedli zęby. Rewelacyjnie sprawdzili się w roli przewodników i wystarczyło tylko dokładnie słuchać ich wskazówek, aby prędzej czy później złowić rybę. Chociaż dokładnie przeczytałem przesłaną przez Kamila listę potrzebnych na wyjazd gratów, zapomniałem o kijku do brodzenia. Niby drobnostka, ale po trzech krokach w głąb bardzo spokojnej wody stwierdziłem, że nie dam rady się obrócić i wrócić z powrotem na brzeg. Aby było śmieszniej, zanim wlazłem do wody, wywaliłem się na hałdzie śmierdzących glonów. 
Trzeba cały czas uważać zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Całe szczęście, że Janek pożyczył mi swój zapasowy kijek. Podczas pierwszego dnia brodzenia łaziłem po kamieniach jak paralityk. Po jakimś czasie skakałem po nich jak kozica, wypatrując w wodzie najdalszych kamieni, do których dałoby się dotrzeć i w jakiś sposób na nie wdrapać.


O jeden kamień za daleko

Z grupy „świeżaków” pierwszego dnia troć złowił Majki. Ryby nawet nie wychodził, lecz wypływał. Upatrzony przez niego kamień był odrobinę za daleko. Chociaż jakieś dwa metry przed nim stracił grunt pod nogami, postawił wszystko na jedną kartę i do kamienia dopłynął. Taki już jest Majki. Z kamienia zszedł z rybą i to niemałą. Troć miała ponad 70 cm. Jak na bornholmskie warunki to całkiem spory okaz. Duńczycy wchodzą do wody właściwie tylko po kolana. Polacy włażą jak najdalej, chociaż czasami nie do końca jest to potrzebne. Pęd do najdalszego kamienia kończy się różnie. Chwila nieuwagi i delikwenta zabiera nawet niewielka fala. Wywalić się można nawet w wodzie po kolana. Najgorzej jest wstać. Nawet jeśli fala przewali się przez głowę i zmieni miejsce naszego położenia, najważniejsze to nie wpaść w panikę. Dobrze ubrany wędkarz zachowuje się w wodzie jak korek. Utonięcie nam raczej nie grozi, co najwyżej wlanie się zimnej, morskiej wody w rękawy kurtki lub w śpiochy. Przed wlaniem się wody do śpiochów lub spodniobutów może uchronić założony bezpośrednio na kurtkę pas ortopedyczny. Ponieważ przed wyjazdem nie znalazłem rozmiaru na siebie, ratowałem się zwykłym pasem wojskowym, który również sprawdził się w swojej roli. Rano i wieczorem ryby potrafią podchodzić pod sam brzeg. Obławianie trzeba właśnie zacząć od płycizn. O tych porach nie ma co się od razu ładować na dalekie kamienie, bo można po prostu rozminąć się z żerującymi na płyciznach trociami.


Pierwsza ryba


Pierwszą troć wyłaziłem czwartego dnia. Niewielka ryba cieszyła, jakbym złowił przynajmniej metrowego szczupaka. Co ciekawe, chyba tą zdobyczą odczarowałem sobie wodę. Kolejnego dnia złowiłem trzy trocie, a następnego aż 9 sztuk. Nie były to żadne potwory. Moje trotki miały między 40 a 60 cm. Takich ryb na bornholmskich plażach łowi się najwięcej. Wiem jednak, że jest po co wracać. Mój kumpel Majki – właściciel sklepu wędkarskiego pleciona.pl – złowił troć długości 78 cm. Piękne ryby powyżej 70 złowił również Kamil. Rzadko, ale trafiają się nawet okazy okołometrowe. Takie ryby łowione „z ręki” to jest coś. Dlatego muszę na Bornholm jak najszybciej wrócić...

 

 


Nie ma szans, aby przynajmniej raz dziennie nie zamoczyć w słonej wodzie 
sprzętu wędkarskiego. Kiepskiej jakości kołowrotki raczej tego nie przetrzymają.

Cierpliwość w końcu zawsze jest nagrodzona. Jedna z dziewięciu ryb, które złowiłem w ciągu trzech godzin.

Zaczepiony na plecach podbierak za pomocą magnetycznego klipsa pozwala na szczęśliwe lądowanie ryby. 
Próba uchwycenia troci ręką może trwać bardzo długo.

 

 

Tekst i zdjęcia 
Sebastian Kowalczyk

 

 

 

 

 

Dodane przez: Marek

Powrót do wszystkich

Komentarze

Jarek dnia 30 czerwiec 2018 13:41
Magiczna wyspa z dziwnie dziwną atmosferą. I ta właśnie atmosfera powoduje że chce się tam wracać. Czynię to od kilku lat i chcę nadal - oby tylko zdrowia i sił starczyło. Artykuł Sebastiana oddaje w pełni to czego należy się tam spodziewać jeśli chodzi o "polowanie na trocie". Gratuluję autorowi tekstu i polecam wyjazd na Bornholm.

Dodaj nowy komentarz

Chcesz dodać komentarz? Zaloguj się