Porady wędkarskie » Spinningowe

Sandacze z Rio Ebro

Sandacze z Rio Ebro

Rio Ebro – rzeka znana każdemu wędkarzowi w Europie. Drugiej takiej nie ma. Każdy, kto ma cokolwiek wspólnego z wędkarstwem, wie, że jest to jedno z najlepszych sumowych łowisk na świecie. Wąsacze dorastają tam do olbrzymich rozmiarów i jest ich naprawdę sporo. Nie każdy jednak wie, że ta rzeka to również piekielnie dobre łowisko… sandaczy oraz okoni. Ja też nie zdawałem sobie z tego sprawy. Do czasu…

 

 

Jeden z moich kolegów – Adam, dostał propozycję pracy jako przewodnik wędkarski w bazie Fishing Planet. Chłop jest bardzo skutecznym łowcą sumów, więc to naturalna kolej rzeczy. Po roku pobytu w Hiszpanii zadzwonił do mnie i spytał, czy chciałbym przedłużyć sobie sezon sandaczowy. „Wiesz Łysy, tu sandacze łowi się cały rok i jest ich naprawdę dużo. Trzeba tylko przebić się przez te mniejsze, bo nie da się dobrać do większych”. Gdybym miał włosy na głowie, to pewnie by się zjeżyły, ale że przez ostatnie 10 lat ich sporo ubyło, zjeżyły mi się włosy na plecach (których z kolei przez ostatnie lata jakby coraz więcej).
Pominę opowieść o podróży i zwiedzaniu Barcelony, co może być dodatkową atrakcją podczas wyprawy na Ebro. Skupię się wyłącznie na tym, co najbardziej mnie interesowało, czyli na sandaczach. Polską bazę i Adama odwiedziłem dwukrotnie, najpierw w grudniu, a zaraz po powrocie do Polski kupiłem bilet na styczeń.

 

Pierwszy raz
Pierwsza, tygodniowa wyprawa wyrwała mnie z kapci. Dosłownie. Wyobraźcie sobie, że już pierwszego dnia złowiłem około 30 sandaczy! Razem ze mną do Hiszpanii poleciał Felo, który od pewnego czasu towarzyszy mi w większości wypraw. Wiadomo – z dobrym zawsze dobrze. Jemu tego dnia słabiej poszło z sandaczami, ale ma chłop rękę do okoni. Ja złowiłem jednego pasiaka w rozmiarze 44 cm, a Felo ucapił kilkanaście garbusów pomiędzy 36 a 45 cm! Nasz przewodnik Adam też nie próżnował i miał na koncie sporo sandaczy i kilka ładnych okoni. Zdecydowana większość złowionych przez nas mętnookich mieściła się w przedziale 35–45 cm, ale było też kilka ryb przekraczających 60 cm długości. Nie wiem czemu, ale mnie cieszy każdy zacięty i wyholowany sandacz, więc czułem się jak w raju. Na początku szukaliśmy górek, których szczyty wychodziły na 6–8 m pod powierzchnię wody. Sandacze stały niemal wszędzie. Brania były i na szczytach wzniesień, i na stokach, ale też na wodzie głębszej. Tego dnia nie było wiatru, więc początkowo stawaliśmy na lekkiej kotwicy (około 3 kg), ale po dwóch ustawieniach przestaliśmy z niej korzystać – i tak staliśmy w miejscu. Zaczęliś-my szukać ryb na przybrzeżnych stokach, które początkowo bardzo stromo opadały na głębokość kilku metrów, po czym zaczynały łagodnieć. Tu dopiero się działo…
Wpłynęliśmy do długiej i stosunkowo wąskiej zatoczki. W pierwszym rzucie Felo wyjmuje konkretnego garbusa, zaraz potem ja i Adam holujemy sandaczyki. Po kilku minutach mam klasyczne „pstryknięcie” w 10-centymetrową „jaskółkę” i już po zacięciu wiem, że wreszcie usiadł jakiś lepszy sandacz. Ryba jest bardzo silna i uparcie pedałuje do dna, jednak sprzęt mam pewny i szybko pojawia się jasny kształt pod powierzchnią wody. Biały brzucholec ryby widać już trzy metry pod powierzchnią, woda jest bardzo czysta. Chwila szarpaniny przy burcie łódki i pierwszy przyzwoity sandacz pozuje do zdjęć. Mierzymy rybę, która ociera się o 80 cm – zabrakło dosłownie dwóch centymetrów. Po kilku minutach Felo zacina podobnej wielkości rybę, jednak do powierzchni zamiast sandacza wyjeżdża… sumek. Pół godziny później Adam zalicza mętnookiego 70+.
O ile pierwszy dzień był rewelacyjny, to drugi przekroczył skalę we wszystkich możliwych kategoriach. Przyznam szczerze, że nie liczyłem wyholowanych sandaczy, ale nie skłamię, jeśli napiszę, że wyjąłem ich około 70. Jednego dnia, jedną wędką, jeden wędkarz! Takiego wyniku nie miałem nigdy wcześniej i pewnie nigdy go nie poprawię. Ilości brań nie zliczę, ponieważ wiele ryb łapało gumę za ogonek, sporo było też spadów. W pewnym momencie sandacze tak się uaktywniły, że postanowiłem policzyć brania w 10 rzutach. Oddałem więc 10 rzutów, w których miałem 14 brań i złowiłem 10 sandaczy! Takie sytuacje mogłem włożyć między bajki, aż do tego dnia! Ileż tam musi być tych sandaczy?!

 

Felo ma niesamowitą rękę do okoni. Pierwszego dnia natrzaskał kilkanaście garbusów do 45 cm długości

 

Tym razem pojawiło się więcej przyzwoitych ryb i każdy z naszej trójki mógł się pochwalić kilkoma sandaczami między 60 a 70 cm, każdy zapunktował też jedną rybą powyżej siedemdziesiątki. Okoni było zdecydowanie mniej niż w pierwszym dniu i żaden nie przekroczył magicznej czterdziestki. Pod koniec dnia znowu miałem odrobinę szczęścia i po rzucie pod brzeg wciąłem mocniejszego przeciwnika. Tym razem walka była dłuższa, ale i sandacz nieco grubszy.
Kolejne dni grudniowej wyprawy nie różniły się niczym szczególnym, choć wyniku 70 sandaczy na głowę nie udało się powtórzyć, nie udało się nawet do niego zbliżyć. Ale codziennie łowiliśmy po około 30–35 ryb na wędkarza. Bajka, wędkarski raj! Codziennie każdy z nas pozował do zdjęć z sandaczami 60+ i co jakiś czas trafiał się bonusik z siódemką z przodu. Felowi raz na jakiś czas udawało się wstrzelić w okonie i młócił garbusy od 30 do 45 cm. Adam miał przez chwilę suma na sandaczowym zestawie, jednak była to sekunda. W momencie brania ryba po prostu wyrwała mu kij z ręki i zobaczyliśmy, jak kijaszek wraz z kołowrotkiem zatacza koło po powierzchni wody, po czym natychmiast znika w toni Ebro…  

 

Kiedy wieje
Styczniowa wyprawa znacznie różniła się od grudniowej. Pierwsze dwa dni znowu były bajkowe – flauta i mnóstwo brań, mnóstwo ryb. Trafiły się dwa czy trzy sumy, które po kilkunastu minutach przeciągania (sandaczowej) liny rwały zestawy. Trzeciego dnia dmuchnęło i Rio Ebro pokazała swoje groźne oblicze. Potężny wicher wiał wzdłuż rzeki i na kilkunastu kilometrach znaleźliśmy dosłownie dwa miejsca, w których dało się łowić. Rzucaliśmy więc nie tam, gdzie były ryby, a tam, gdzie dało się ustawić łódkę. Wyobraźcie sobie, jak musiało wiać, jeśli 40-kilogramowy kamulec wypuszczony na 30 metrach linki (głębokość około 4 m) orał dno w szybkim tempie i nie mógł zatrzymać dryfującej łódki. Jak się rozwiało, to wiało już do końca naszego pobytu. Z rybami było słabiej, ale sprawny wędkarz mógł złowić po kilkanaście mętnookich w ciągu wędkarskiej dniówki. Do tego dochodziły oczywiście przyzwoite okonie.
Podczas sandaczowej wyprawy na Ebro najistotniejszy jest wiatr. Jeśli dmuchnie, mamy pozamiatane i zamiast cieszyć się łowieniem, musimy walczyć z żywiołem. Na szczęście baza Fishing Planet dysponuje solidnymi łodziami Skylla, którym niestraszne nawet półtorametrowe fale. Da się łowić, da się pływać, choć wrażenia bywają ekstremalne. Jeśli mamy trochę szczęścia i trafimy na flautę, ręce mogą boleć od holów. Ryby są niemal wszędzie, niemal na każdej miejscówce, którą znajdziemy.
W grudniu i styczniu łowiliśmy sandacze na głębokościach od 4 do 20 m, a najwięcej brań mieliśmy między 8 a 11 m. Z kolei większość przyzwoitych ryb zacinaliśmy w miejscach, gdzie dno spadało od 12 do 16 m. Głębiej było znacznie słabiej, choć pojedyncze ryby strzelały w gumy.
Nasi znajomi polecieli do Adama w lutym i sandacze zaczęły wychodzić na nieco płytszą wodę. Sporo ryb pojawiło się w łowiskach z wodą od 4 do 6 m głębokości.
Okonie z reguły odwiedzają strome spadki blisko brzegów, zwłaszcza wewnątrz długich i wąskich zatok. Gdy złowicie jednego, wpuśćcie go do podbieraka (siatka podbieraka oczywiście zanurzona w wodzie!). Wypuszczony okoń potrafi odciągnąć całe stado z łowiska, więc warto złowić ich kilka i gdy brania ustaną, dopiero wtedy wypuścić.
Gdy mocno powieje, nie mamy wyboru i trzeba łowić tam, gdzie się da. Tu jednak dobra wiadomość – ryby są naprawdę niemal wszędzie (choć oczywiście są miejscówki lepsze i gorsze), więc o kiju raczej nie spłyniemy. Jesienią i zimą możemy trafić najróżniejszą pogodę. W dzień możemy mieć 20 stopni w cieniu, a w słońcu ponad 30, ale nad ranem mogą zdarzyć się niewielkie przymrozki. Równie dobrze możemy spodziewać się 3 czy 5 stopni ciepła przez cały dzień. Może też ciapnąć deszczem, więc przeciwdeszczowe ciuchy i bielizna termiczna są obowiązkowe. Z krótkich spodenek możemy zrezygnować, ale na wszelki wypadek lepiej zabrać majty bez dziur i przetarć, żeby nie było wstydu w nich łowić, jak przygrzeje słońce.

 

Z czym nad Ebro?
Jeśli chodzi o sprzęt wędkarski, to musimy kierować się masą naszych bagaży (zakładam oczywiście, że lecimy samolotem). Ja zabrałem dwa kije sandaczowe z c.w. do około 30 g. Cięższymi przynętami łowić nie będziemy, jednak trzeba pamiętać o sumach, więc cały zestaw musi mieć odrobinę większy zapas mocy (choć i tak większości potyczek z wąsalami nie wygramy). Delikatniejsze wędki też nie będą potrzebne, bo okonie z Ebro nie wybrzydzają. Do tego solidne kręciołki w wielkości 2500–3000 ze świeżo nawiniętą plecionką 0,16–0,20 mm.
Lecąc samolotem, trzeba przemyśleć ilość główek jigowych, bowiem one zrobią nam masę w bagażach. Gdy nie wieje, komfortowo łowiliśmy na główki 10–12 g, sporadycznie sięgając po 15. Gdy zawiało, trzeba było zakładać główki od 18 do 28 g. Moim zdaniem trzeba zabrać obciążenia od 10 do 28 g, ale mądrze wybrać ilość z każdego obciążenia. Trochę się rwie na zaczepach, ale nie są to jakieś koszmarne ilości (przy dobrym dniu nie urwiemy nic, ale jeśli szczęście nam nie dopisze, zostawiamy w wodzie kilkanaście przynęt dziennie).
Gdy sandacze biorą, to biorą na wszystko. Bez znaczenia jest kolor i praca gumy, wielkość też nie ma większego znaczenia. Tłuką w rippery, twistery, kopyta i koguty. Gdy jednak zamykają pyski (a bywają takie dni nawet na Ebro), warto kombinować. Nam najlepiej sprawdziły się rippery w jasnych kolorach – białe, perłowe (również z ciemnymi grzbietami) oraz szare (imitujące srebrne boki rybek), ale szał robił tzw. piasek pustyni. Ten kolorek trzeba mieć obowiązkowo. Sandacze i okonie rewelacyjnie reagowały na „jaskółki” PowerBait Minnow w wielkości 10 cm oraz w naturalnym kolorze. Felo parę razy przeciągnął koguta z żółtymi piórkami i ta przynęta również otworzyła wodę. Chcąc łowić okonie, nie zabierajcie gum mniejszych niż 7 cm. Garbusy są naprawdę potężne (Adam któregoś dnia wytargał półmetrowego zwierza) i nie mają oporów przed połykaniem gum większych niż 10 cm. Z kolei przypony stalowe czy wolframowe można sobie odpuścić, bowiem prędzej złowimy delfina niż szczupaka.

 

Pierwszy przyzwoity sandacz z Ebro. Smakosz niewielkiej „jaskółki” PowerBait Minnow.

 

Jaki jest sposób na dobranie się do większych sandaczy, których w Ebro nie brakuje? Najskuteczniejszego sposobu nie znaleźliśmy i moim zdaniem po prostu trzeba przerzucić odpowiednią ilość małych drapieżników, aby trafić na większego. Używanie selektywnych przynęt nie działa, bowiem małe sandacze są wybitnie żarłoczne. Zbrojąc gumy sandaczowe, używajcie dozbrojek z dwuramiennych kotwiczek. Poza godzinami, w których sandacze dostawały amoku (14 brań w 10 rzutach), większość z zaciętych ryb wisiała dosłownie za skórkę, właśnie na dozbrojce. Trochę to dziwne, bo brania były atomowe.

 

Tekst z "WW" 10/2017

 

Tekst i zdjęcia
Kamil „Łysy Wąż” Walicki

 

 

Dodane przez: Redakcja WW

Powrót do wszystkich

Komentarze

Jeszcze nikt nie dodał komentarzy do tego wpisu.

Dodaj nowy komentarz

Chcesz dodać komentarz? Zaloguj się