Porady wędkarskie » Spławikowe

Płoć, ryba pocieszenia?

Płoć, ryba pocieszenia?

Można by ją nazwać rybą – paradoksem. Pospolita, znana chyba wszystkim, a przy tym stanowiąca symbol przeciętności i niskiego statusu. Z drugiej strony nobilitująca wędkarzy, którzy potrafią regularnie łowić okazy. Nie znam nikogo, kto nie potraktowałby z uznaniem wyholowania 35–40-centymetrowej płoci, bo takie sztuki dla wielu z nas są wciąż czymś nieosiągalnym. Tymczasem koniec roku to naprawdę świetna okazja, by dobrać się do takich właśnie ryb – o ile pozbędziemy się starych przekonań, że przedzimie jest porą, kiedy można złapać co najwyżej katar.

 


Na początek kilka słów o naszej bohaterce. Płoć (Rutilus rutilus) należy do rodziny karpiowatych, zasiedla praktycznie całą Europę z wyjątkiem półwyspów: Skandynawskiego, Pirenejskiego i Apenińskiego. Występuje zarówno
w rzekach, jak i jeziorach, zalewach przymorskich oraz w strefie przybrzeżnej mórz. Jest wszystkożerna, osiąga masę do dwóch kilogramów przy długości całkowitej około 50 centymetrów. Takie okazy zdarzają się jednak niezwykle rzadko – za dużą płoć możemy śmiało uznać rybę mierzącą ponad 30 centymetrów (jej masa waha się wtedy od 0,3 do 0,5 kg). W pełni sezonu łowi się podobne sztuki na zasadzie statystycznej: na kilkadziesiąt płotek 10–20-centymetrowych pada jedna „trzydziestka”. Jest to wynikiem podejścia większości wędkarzy – płoć uznawana jest za rybę pocieszenia, którą można sobie złowić niemal na zawołanie z pomostu lub „przy trzcinkach”. Szybko wpływa w zanęty (zwłaszcza bogate, z dużą ilością substancji wabiących i przynęt zanętowych) i bierze stosunkowo pewnie.
Na przedzimiu zmienia się to radykalnie – i paradoksalnie – daje nam większe szanse na wyholowanie okazu, o ile zadamy sobie trud bardzo starannego przygotowania każdego elementu zestawu i odpowiedniego doboru przynęty oraz zanęty. Mniejsze sztuki nie żerują teraz tak aktywnie, więc na haczykach częściej meldują się te większe, dotąd zwyczajnie wyprzedzane w wyścigu do smacznych kąsków lub unikające żerowania „w tłumie”. Nie zapominajmy, że im solidniejsza ryba, tym więcej potrzebuje energii na przetrwanie niekorzystnego okresu pogodowego, a taki zbliża się wielkimi krokami. Wprawdzie przy niskich temperaturach organizmy ektotermiczne (zmiennocieplne) zużywają mniej energii, ale spadek aktywności dużych sztuk nie jest tak dobrze zauważalny, jak tych mniejszych. To szansa dla łowców okazów!

Charakterystyka łowisk
Samo przekonanie o atrakcyjności przedzimia nie wystarcza, rzecz jasna, by łowić okazowe płocie. Podstawową sprawą jest wybór odpowiedniego łowiska i dostosowanie do niego zestawu, przynęty i zanęty. Nie wolno nam zapominać, że przed zbliżającą się zimą ryby zaczynają zmieniać dotychczasowe miejsca pobytu i wędrować na nowe stanowiska. Jeśli z uporem maniaka będziemy łowić tam, gdzie mieliśmy dobre brania w czerwcu, może nas czekać przykre rozczarowanie. Dotyczy to zwłaszcza pierwszego z omawianych typów łowisk, czyli niewielkich (małych i średnich) rzek nizinnych. Regułą jest, że płocie migrują z nich do cieków większych lub chronią się w starorzeczach (ewentualnie jeziorach przepływowych lub zalewach). Od każdej reguły istnieją jednak wyjątki. Jeśli na trasie nawet niewielkiej rzeki występują dłuższe odcinki głębokie, o spowolnionym przepływie i dnie mulistym lub piaszczysto-mulistym, mogą one wystarczyć płociom – także tym większym – do przeżycia zimy. Co więcej, ryby będą tam spływać z fragmentów płytszych,
o silniejszym nurcie. Tym chętniej, im bardziej ów hipotetyczny „odcinek marzeń” przypomina naturalny zbiornik wody stojącej (woda płynie bardzo powoli, rozwija się roślinność szuwarowa i podwodna). Rolę zapory mogą w tym przypadku spełniać choćby zwalone drzewa – coraz częstsza sytuacja, wskutek wciąż postępującej inwazji bobrów. Oczywiście wędkowanie z mocno zarośniętych brzegów nie jest łatwe, ale coś za coś. Poza tym roślinność szuwarowa często nie tworzy zwartego łanu i możemy znaleźć wśród niej luki wystarczające do urządzenia wędkarskiego stanowiska.

 

Grudniowa, wędkarska nostalgia. Przerwać ją może chociażby branie dużej płoci

 

Skoro ryby spływają na przedzimiu do dużych rzek, powinny wzrosnąć szanse wędkujących właśnie tam. Czy znów zdać się jednak na statystykę, licząc na kapitalną płoć zaciętą pomiędzy mniejszymi, a także leszczami czy krąpiami? Być może istnieje jakiś sposób, by selektywnie łowić właśnie czerwonopłetwe grube ślicznotki? W sukurs może nam przyjść pewien szczegół biologii gatunku. Otóż duże egzemplarze często tworzą może nie stada w ścisłym znaczeniu, ale przebywają w skupieniach i wspólnie zmieniają miejsca pobytu. Jeśli namierzymy dobrą miejscówkę, jesteśmy w domu. Tylko jak się do tego zabrać?
Klasyczne zimowisko płoci powinno być głębokie, ze spowolnionym przepływem, ale nie stagnujące. W miejscach, gdzie dno pokryte jest grubszą warstwą mułu, trafimy raczej na leszcze i krąpie. Nasza bohaterka jest rybą twardego dna, poszukuje pokarmu wśród kamieni i roślinności zanurzonej. Owszem, odrobina mułu nie zaszkodzi – wszak to w nim kryją się chociażby ochotki czy rureczniki – ale nie powinna to być warstwa grubsza niż kilka centymetrów, a dodatkowo w łowisku muszą występować fragmenty całkiem twarde, na których łatwiej znaleźć ślimaki czy małże. To właśnie mięczaki odgrywają istotną rolę w diecie dużych egzemplarzy, także w chłodnych porach roku. W świetle powyższych informacji najbardziej obiecującym, rzecznym „płociowiskiem” wydaje się głębsza, dość szeroka rynna o niewielkiej prędkości przepływu wody. Oczywiście najlepiej, jeśli będzie przebiegała w pobliżu brzegu, co umożliwi precyzyjne łowienie metodą spławikową lub delikatną gruntówką. Możemy też łowić feederem dalej od brzegu, ale to już nie ta precyzja i emocje, co przy finezyjnej przepływance lub przystawce.
Odległość rynny od brzegu nie jest jednak największym problemem. Otóż ryby wybierają tylko niektóre tego typu struktury w rzece – być może przypadkowo albo też w grę wchodzą jakieś trudne do zidentyfikowania czynniki siedliskowe. Tak więc nie wystarczy znaleźć rynnę o odpowiednich parametrach. Muszą
w niej być duże płocie! A to możemy sprawdzić tylko doświadczalnie. Znalazłem w Internecie wypowiedź łowcy, który systematycznie testował łowiska na 20-kilometrowym odcinku rzeki, zanim odkrył swoje eldorado. Wymaga to, rzecz jasna, czasu i samozaparcia. Ale kto powiedział, że będzie łatwo?!

 

Regularne łowienie sporych płoci nobilituje wędkarza

 


Łowiskami, w których namierzenie stanowisk ryb nie będzie aż tak trudne, są rzeki przymorskie, a zwłaszcza ich przyujściowe odcinki. Duże płocie przebywają tam regularnie przez cały sezon, a na przedzimiu stają się jeszcze liczniejsze. Najbardziej chyba znanym przedzimowym łowiskiem grubych ryb jest Regalica. Szczecińscy wędkarze od lat łowią na tych samych miejscówkach i regularnie wyciągają kilówki – oczywiście też nie na zawołanie, ale całkiem często. Wybierając się na rzeki przymorskie na połów płoci, trzeba jednak wziąć pod uwagę, że możemy trafić na gorszy okres, kiedy część ryb spłynęła do morza. Takie okresowe wędrówki płoci na dystansie kilku kilometrów są czymś naturalnym dla tej ryby i odbywają się w obie strony. Tak więc równie dobrze możemy mieć szczęście i trafić na inwazję (no, może przesadziłem, niech będzie desant…) płoci morskich, cudownie wysrebrzonych, objedzonych skorupiakami i mięczakami, walecznych.
Ciekawe, że bywają przypadki, kiedy bez jasnej przyczyny płocie zapuszczają się nawet w niewielkie „ciurki” uchodzące bezpośrednio do morza lub do większej rzeki przymorskiej w jej końcowym biegu. Zazwyczaj ma to miejsce po sztormach – znów trzeba trafić!
Znakomitymi łowiskami grubych płoci na przedzimiu są kanały, zwłaszcza kiedy prowadzą wodę choć trochę podgrzaną. Jak to przy łowieniu płoci (i nie tylko) bywa, także i tu istnieją miejscówki lepsze i gorsze, z pozoru nieróżniące się niczym, ale jednak… Konia z rzędem temu, kto potrafiłby wskazać powód, dla którego ryby wybierają akurat ten kilkunasto- bądź kilkudziesięciometrowy odcinek. W praktyce jest to aż nadto widoczne: tu biorą, tam nie. Czyżbyśmy znów byli skazani na cierpliwe i czasochłonne sondowanie łowisk? Niestety, chyba tak, chociaż…. jesteśmy w stanie choć odrobinę pomóc losowi. Czynnikiem numer jeden przy wyborze kanałowej miejscówki powinna być głębokość. Im bliżej zimy, tym głębiej skupiają się najgrubsze płocie. O ile w listopadzie wystarczyły 2 metry, to w grudniu powinny być przynajmniej 3–4. Oczywiście, nie w każdym łowisku znajdziemy takie głębie, ale zasada obowiązuje – zarzucamy wędki tam, gdzie wymacamy największy grunt!
Aby zamknąć kwestię łowisk związanych z wodami płynącymi, musimy wspomnieć o starorzeczach. Niby to akweny stojące, ale… Najbardziej będą nas interesować te trwale połączone z rzeką, tworzące z nią jakby jeden krwiobieg. To naturalne enklawy, w których ryby chronią się na czas zimy przed zbyt silnym nurtem, a przy okazji mają szansę na łatwy pokarm w postaci ślimaków, małży, larw owadów (ach, te ochotkowate…). Płocie – jako klasyczni wszystkożercy – mają dodatkową szansę uzupełnienia menu o fragmenty obumierających roślin naczyniowych. Słowem – raj na ziemi. Z pozoru wydaje się, że dobrze wybrane starorzecze powinno nam dać największą szansę na sukces, za jaki uznamy wyholowanie dużej płoci. Niestety, powraca problem selekcji. Otóż starorzecza są atrakcyjne tak dla większych, jak i mniejszych okazów, i nastawiając się na te pierwsze, znów trzeba kombinować. Ale o tym za chwilę. Na razie wpisujemy starorzecza na listę najbardziej obiecujących łowisk wczesnozimowych i modlimy się, by jak najpóźniej zamarzły (miłośnicy wędkarstwa lodowego „odwracają” intencję). W starorzeczach najlepszymi miejscówkami będą znów odcinki jak najgłębsze, z roślinnością denną (teraz już podgniwającą), ale i fragmentami czystego dna, które warto wymacać i na nich właśnie lokować przynętę. Nie radzę łowić w oczkach pomiędzy liliami wodnymi (grążelami, rzadziej grzybieniami). To naturalne miejsca skupiania się płociowej drobnicy. Duże sztuki lubią luz.
Pisząc o starorzeczach, chciałem w możliwie naturalny sposób przejść od łowisk rzecznych do wód stojących, w których również możemy właśnie w grudniu zaciąć płoć życia. Planowe polowanie na duże okazy to przede wszystkim jeziora, zaś taktyka wędkowania będzie uzależniona od rodzaju takiego akwenu.

 

 

Zacznijmy od coraz rzadszych, niestety, w naszych granicach zbiorników mezotroficznych, tzn. tych o znacznej przezroczystości wody, rzadko (a jeśli już, to na krótko) zakwitających, stosunkowo mało żyznych, zwykle głębokich, z niewielkimi fragmentami pokrytymi roślinnością szuwarową i zanurzoną. O jeszcze mniej żyznych jeziorach, czyli oligotrofach, w zasadzie nie powinienem nawet wspominać, bo – poza kilkoma wysokogórskimi – w Polsce ich nie ma. Mezotrofy się zdarzają – przede wszystkim na Suwalszczyźnie, tam gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja w jej masowym wydaniu. Teoretycznie tego typu jeziora nie są stworzone dla ryb karpiowatych, dobrze czują się tam łososiowate i koregonidy. Warto się tam jednak zasadzić na przedzimową płoć z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze – może ona mieć naprawdę godne przyrosty, objedzona kiełżami, larwami jętek i widelnic. Po drugie – presja wędkarska skierowana na ten gatunek (zresztą nie tylko ten) jest mniejsza niż gdzie indziej. Mówiąc najprościej: w jeziorze mezotroficznym może być niewiele płoci, ale ich przeciętne rozmiary powinny być godne uwagi.
Opisywane akweny cechują się nie tylko znaczną zazwyczaj głębokością maksymalną, ale też stosunkowo wąską strefą ławicy przybrzeżnej, to znaczy dość szybko robi się głęboko. Dodatkowo dno jest często pokryte całkiem sporymi kamieniami lub nawet głazami. Płocie lubią takie podłoże, gdyż z kamieni mogą sobie zbierać zarówno glony nitkowate, jak i bezkręgowce, przede wszystkim stanowiące ich przysmak ślimaki. Opisywana struktura nie jest jednak wymarzona dla wędkarza,  musi on bowiem rozwiązać kilka problemów natury technicznej. Ale wszystko w swoim czasie. Na razie jesteśmy przy łowiskach.
Klasycznymi łowiskami płociowymi (i szczupakowymi – te dwa gatunki wydają się być na siebie skazane) są jeziora eutroficzne. Zazwyczaj płytkie, bujnie porośnięte roślinnością szuwarową i zanurzoną, zakwitające na dłuższy czas w okresie letnim. Teraz, rzecz jasna, zakwity nie przeszkadzają już ani wędkarzom, ani rybom, które wciąż intensywnie żerują wśród obumierających pędów makrofitów. Problem, przed jakim stają łowcy płoci, jest zgoła niecodzienny: w eutrofach jest często za dużo (sic!) ryb, które zaczynają karłowacieć, a tym samym przestają być atrakcyjne dla łowców okazów. Na przedzimiu płocie – i mniejsze, i większe (choć poszczególne stada są zwykle tworzone przez osobniki zbliżonej długości) – gromadzą się w strefie przejściowej pomiędzy najgłębszą warstwą pelagiczną (trzymając się jednak dna, czyli strefy bentalnej) a płytszym litoralem, gdzie okresowo wpływają na żer. Nie znaczy to, że pogardzą przynętą podaną w miejsce „spoczynkowe”. I tam właśnie istnieje chyba największa szansa wyselekcjonowania okazowych sztuk.
Jakby mniejszym wariantem jezior eutroficznych są stawy. O ile mają odpowiednią głębokość i są dość rozległe, można w nich liczyć na okazałe płocie, ale zależy to od wielu czynników lokalnych, przede wszystkim presji wędkarskiej. W tym przypadku liczy się zwłaszcza dobra znajomość łowiska i doświadczenie na nim nabyte.

Selektywna przynęta
Wiemy już, gdzie warto się wybrać na rekordowe płocie, a różnorodność typów łowisk sprawia, że mamy w czym wybierać. Pytanie tylko, jak się dobrać do największych okazów, a nie bawić z drobnicą. Niemal automatycznie przychodzi nam na myśl kwestia przynęty – zastosować taką, której małe ryby nie ruszą. Ale co konkretnie? Przypomnijmy, że wędkujemy w zimnej wodzie, w porze roku, kiedy niemal wszystkie wędkarskie autorytety nakazują łowić na przynęty zwierzęce. Te najczęściej używane – białe i czerwone robaki oraz ochotki – trudno zaliczyć do selektywnych. Z kolei rosówki jakoś nie kojarzą się z płociami, mającymi raczej niewielki otwór gębowy. Może więc pijawki? To naprawdę znakomita przynęta, w której gustują większe okazy, zresztą nie tylko płoci. Zdobycie pijawek, nawet o tej porze roku, nie powinno być trudne, o ile mamy dostęp do jakiegoś płytkiego, mocno zarośniętego starorzecza. Opisywane pierścienice są niezwykle odporne. Można je przechowywać w zamkniętym naczyniu z wodą przez co najmniej tydzień.
Pijawki nie każdemu przypadną do gustu. Może więc ślimaki, jeszcze bardziej klasyczny pokarm dużych płoci? Z tego, co mi wiadomo, to zdecydowanie przynęta numer jeden łowców szczecińskich, wędkujących we wspomnianej Regalicy. Na haczyk – w tym przypadku dość duży – zakładamy albo całego mięczaka z muszlą, albo tylko miękką część, wydłubaną ze środka (dość makabryczne, przyznaję, sam w ogóle nie łowię na ślimaki, więc nie mam takich dylematów).

 

Najczęściej używaną przynętą – choć nie selektywną – są białe robaki


Wszystkim twierdzącym autorytatywnie, że na przedzimiu przynęta zwierzęca jest wręcz obowiązkowa, chciałbym zadedykować pewną historię z własnej praktyki. Było to kilkanaście lat temu, kiedy późnojesienne i wczesnozimowe wypady na płocie były moją „idée fixe”. Łowiłem w starorzeczu Narwi koło Pomiechówka, miejscu bardzo popularnym wśród wędkarzy. Stosowałem bardzo delikatne zestawy do 5-metrowego bata, nęciłem samodzielnie wykonywanymi, wymyślnymi mieszankami, jako przynęty używałem białych robaków i ochotek w różnych kombinacjach. Podczas kilku godzin wędkowania wyławiałem około 50 płotek, z rzadka przekraczających 20 centymetrów. Może z 2–3 razy trafiła mi się „trzydziestka”, ale była to kropla w morzu. Pewnego razu zwróciłem uwagę na dobiegające od czasu do czasu z sąsiedniego stanowiska chlupoty, typowe dla (fakt, dość niedbałego…) lądowania większych ryb. Nie wytrzymałem. Wykorzystując przymusową przerwę, podszedłem do sąsiada i zapytałem o wyniki. Nie powinienem tego robić. W zaprezentowanej siatce było 6–7 płoci, wszystkie w granicach 35 centymetrów! Na co brały? Na pęczak! Wśród internetowych opinii na temat wczesnozimowego łowienia pojawiają się od czasu do czasu rady, by wbrew regułom zakładać na haczyk przynęty roślinne, różnego rodzaju ciasta, pszenicę, łubin lub konopie. Być może coś w tym jest.
Kilka słów o zanętach. Ponieważ na przedzimiu ryby pobierają pokarm znacznie oszczędniej i szybciej się nasycają, powinniśmy stosować mniejsze ilości składników pokarmowych, zwłaszcza tych treściwych. Wzrasta natomiast znaczenie różnego rodzaju atraktorów, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę upodobanie płoci do bogatych kompozycji zanętowych. W chłodnych porach roku najlepiej sprawdzają się zazwyczaj: mleko w proszku, suszona krew (niestety, już nie do kupienia) oraz… pokarm dla ryb akwariowych. Wszystko zależy jednak od tego, czy nastawiamy się na jednorazowe wędkowanie w danym miejscu i chcemy szybko przywabić płocie, czy też wybraliśmy stałą miejscówkę, w której regularnie będziemy czatować na okazy. W tym drugim wariancie – lepszym z punktu widzenia szans na rekordowe sztuki – możemy się zdecydować na nęcenie wspomnianymi ziarnami (nie musimy na nie łowić, ale zawsze warto spróbować).

Co w dłoni?
Pora na dobór sprzętu. Mamy tu poważny dylemat – z jednej strony musimy pamiętać, że okazowe sztuki są bardzo ostrożne (między innymi właśnie dlatego osiągnęły takie rozmiary). Nie ma więc sensu stosowanie zestawów na wieloryby. Trzeba jednak mieć na uwadze dużą siłę rekordowych płoci. Dlatego generalnie odradzam łowienie batem, chyba że wyjątkowo miękkim, dobrze amortyzującym zrywy holowanych ryb. Lepiej sprawdzi się odleg­łościówka z delikatnym kołowrotkiem o bardzo precyzyjnie ustawionym hamulcu. Na niektórych opisanych wcześniej łowiskach (np. kamienistych jeziorach mezotroficznych) będzie ona niezastąpiona, gdyż musimy lokować przynętę dalej od brzegu, na różnych głębokościach, niekoniecznie na dnie. Co do żyłek – jako główną polecałbym 0,16–0,18 mm, na przypon 0,10–0,12 mm.Skoro mowa o przyponie – przy polowaniu na duże, ostrożne sztuki powinien być on stosunkowo długi, co najmniej półmetrowy. Możemy go – w celu poprawy czułości wędki – uzbroić w niewielką śrucinę, ale to wszystko. Przy metodach bezspławikowych polecane są jeszcze dłuższe, ponadmetrowe przypony. Trudno mi określić, z czego wynikają takie zalecenia, wierzę jednak ekspertom mającym na koncie wiele medalowych ryb. Chyba po prostu przedkładają oni chęć niepłoszenia dużych płoci nad szybkość reakcji na branie. I raczej mają rację, bo kilówka nie wypluje połkniętej przynęty w mgnieniu oka, jak to czynią maluchy.
Haczyk dobieramy, rzecz jasna, do przynęty. Nie chodzi tu wyłącznie o wielkość (przypomnę, płoć ma stosunkowo niewielki pysk, nie ma sensu przesadzać), ale także typ i barwę. Przy połowie na dżdżownice czy ochotki nie od rzeczy będzie użycie haczyków czerwonych, a przy jasnych ciastach lub ziarnach – złotych.
Jeśli łowimy w wodzie stojącej metodą spławikową, polecam sygnalizatory brań typu „stick” (patyczek), z jaskrawą końcówką (antenką, o ile przy „stickach” można mówić o antence), ale białym korpusem. Wyważenie spławika powinno być wręcz aptekarskie. Chodzi o to, by wskazywał on brania zarówno „przynurzeniowe”, jak i wystawiające. Płocie bardzo często podnoszą przynętę, i to niekoniecznie umieszczoną na dnie.
W metodach bezspławikowych króluje niepodzielnie feeder (w wodach płynących) lub jego lżejsza odmiana zwana pickerem (w wodach stojących). Zasada wyboru kija i szczytówki (najczęściej są one wymienne) jest – w świetle tego, co dotąd napisałem – oczywista: najdelikatniejsze z możliwych do zastosowania w danych warunkach. Owszem, duża płoć potrafi w rzece czy kanale tak przygrzmocić, że zacięcie jest formalnością, ale często bierze bardzo subtelnie, jakby od niechcenia. Nie ma sensu rezygnować z zacinania tych delikatnych brań, a lżejsza szczytówka umożliwi wybór prawidłowego momentu.
Hol dużej płoci nie jest arcytrudny, ale trzeba uważać. Ryba – zwłaszcza w pierwszej fazie – zdecydowanie trzyma się dna, potem próbuje ucieczek na boki. Stać ją na niespodziewane zrywy także wtedy, gdy wydaje się całkowicie wymęczona. Dlatego nie spieszymy się z wprowadzeniem jej do podbieraka – najczęściej spotykanym błędem jest dotknięcie zdobyczy obręczą – może to sprowokować ostatni, szaleńczy zryw, który na krótkiej żyłce jest bardzo niebezpieczny.
Tak więc wędki w garść i na płocie! Dużych sztuk nie łowi się na zawołanie, ale satysfakcja z wyholowania okazu jest ogromna. A przy okazji warto nasycić zmysły widokami, zapachami, kolorami późnej jesieni i przedzimia. Ostatnia szansa…

Grudniowe płocie w „Rekordach na plan”
Statystyki z ostatnich pięciu lat pokazują, że spośród 12 miesięcy płociowego sezonu grudzień plasuje się na ósmym miejscu (16), wyprzedzając styczeń, luty, czerwiec i sierpień. Najlepszy w połowach jest maj (22), a kolejne miejsca zajmują ex aequo lipiec
i kwiecień (21). Na uwagę zasługuje jednak fakt, że największą płoć w latach 2008–2012 złowiono właśnie w grudniu. Ryba ważyła 1,57 kg
(47 cm), a szczęśliwym łowiskiem była Odra we Wrocławiu. Niezmiennie najskuteczniejszą przynętą na płocie jest biały robak, choć okazy trafiają się również na czerwone robaki i kukurydzę. Na grudniowe okazy warto wyprawić się nad dużą rzekę, rzeczny port oraz kanał łączący drogi wodne. Krzysztof Witaszek z grudniową płocią 1,02 kg, złowioną w Odrze

(ZIEL)    


Tekst ukazał się w "WW" 12/2013

 

 

Tekst Paweł Oglęcki


 

 

 

Dodane przez: Redakcja WW

Powrót do wszystkich

Komentarze

Jeszcze nikt nie dodał komentarzy do tego wpisu.

Dodaj nowy komentarz

Chcesz dodać komentarz? Zaloguj się