Porady wędkarskie » Spinningowe

Okonie z podwodnych kantów

Okonie z podwodnych kantów

Nieczęsto nastawiam się specjalnie na okonie, jednak jesienią lubię łowić je najbardziej. Są grube i w doskonałej kondycji, dzielnie walczą jak na swoje rozmiary i można liczyć na dobre brania przez niemal cały dzień. Dodatkowym bonusem jest to, że właśnie jesienią mamy szansę na złowienie pasiaka, którego będziemy pamiętać przez wiele, wiele lat.

 

 

Okoniowe kantowanie - tytuł oryginalny

 

Podstawą łowienia okoni jest odpowiedni wybór łowiska. Nie widzę sensu nastawiania się na duże garbusy w miejscu, gdzie występują one nielicznie lub nie występują wcale. To jak loteria z minimalną szansą na wygranie, jak szukanie przysłowiowej igły w stogu siana.
Na szczęście są jeszcze w naszym kraju jeziora i zbiorniki zaporowe, gdzie jest sens tropienia naprawdę przyzwoitych okoni. Drugą opcją jest krótki wyjazd do Szwecji, bowiem właśnie jesienią na sprawdzonym jeziorze można naprawdę grubo połowić. Jest też Ebro, Rugia oraz Holandia, gdzie również można wyśrubować swoje pasiaste życiówki. Szukając jesiennych okoni – czy to na „naszych” jeziorach i zaporówkach, czy też szwedzkich wodach, w zdecydowanej większości szukam podwodnych kantów. I przy takim łowieniu niezbędne są dwie rzeczy – łódka oraz echosonda. Echosonda po to, aby odnaleźć ciekawe miejscówki i poznać ich ukształtowanie oraz namierzyć stada drobnicy, a łódka po to, aby namierzone łowiska obłowić.
Bardzo lubię łowić na wszelkiego rodzaju kantach, bowiem dno cały czas się zmienia, jest nierówne, przez co łowienie staje się o wiele ciekawsze niż w łowiskach z płaskim jak stół dnem. Prowadząc gumę po stoku, trzeba się wczuć, czasem podbić lżej lub mocniej, innym razem pokombinować i przeciągnąć pod górkę itp. W dodatku nierówności dna są bardzo obiecującymi miejscówkami, które uwielbiają wszystkie drapieżniki, nie tylko okonie. Ja nie lubię ani monotonii, ani bezmyślnego rzucania i zwijania, a koncentrowanie się na tym, co przekazuje dolnik wędki (chyba że łowimy wklejanką, wtedy jest to szczytówka) i układanie sobie w głowie podwodnej mapy łowiska jest dla mnie fascynującym zajęciem. Dlatego uwielbiam łowienie na kantach i innych nierównościach dna.

 

Idealna miejscówka na duże, jesienne garbusy. Twarda górka na głębokiej wodzie, nad którą kręci się drobnica. Tu muszą być drapieżniki!

 

 

Przybrzeżne stoki
Najłatwiej je namierzyć i najłatwiej obłowić. Jeśli naszym łowiskiem jest jezioro z nudnym, czyli płaskim, dnem, to odnalezienie przybrzeżnych stoków – choć o niewielkim spadku dna, może okazać się strzałem w dziesiątkę. Jeśli w dodatku okażą się choć miejscami twarde, można liczyć na dobrą zabawę.Nie znając jeziora, zawsze kieruję się zasadą, że „co na brzegu, to pod wodą”. Jeśli brzeg porasta szeroki pas trzcin, wiadomo, że dno będzie podobne, czyli z bardzo łagodnym spadkiem. Gdy pas trzcinowisk jest bardzo wąski, a na brzegu jest jakaś skarpa, można przypuszczać, że podwodny uskok będzie bardzo blisko linii brzegowej. Jeśli na szwedzkim jeziorze zobaczycie skałę wchodzącą pionowo do wody, możecie być niemal pewni, że tuż przy niej będzie bardzo głęboko. Przy okazji dodam, że właśnie pionowo wchodzące do wody skały są doskonałymi miejscówkami okoniowymi, ale zawsze trzeba tam łowić z przyponem odpornym na szczupacze zębiska (moim zdaniem w Szwecji takich przyponów trzeba używać zawsze), bowiem takie „ściany” uwielbiają również szczupaki – czasem bardzo duże.
Płynąc od strony brzegu, gapię się w echo i obserwuję ukształtowanie stoku. Płynę aż do miejsca, w którym stromizna łagodnieje i przechodzi w blat. Koniecznie trzeba zwrócić uwagę na to, czy stok jest twardy, czy jest na nim roślinność i czy widać na echu zapis drobnicy. Obecność ławic mniejszych ryb jest moim zdaniem kluczowa i drapieżniki powinny kręcić się w okolicy.

 

Podwodne górki
Są trudniejsze do namierzenia i tu pomoże nam plan batymetryczny jeziora. Można też polegać na miejscowych wędkarzach, bowiem doskonale zdają sobie sprawę z atrakcyjności takich łowisk. Nie polecam wpływać komuś w miejscówkę, ale warto zapamiętać, gdzie kotwiczyły inne łódki, i gdy nikogo nie będzie, pokręcić się po łowisku i popatrzeć na ekran echosondy. Podobnie jak w przypadku przybrzeżnych stoków, trzeba zwrócić uwagę na ukształtowanie i twardość dna oraz obecność drobnicy i roślinności. Każdą górkę warto opłynąć bardzo dokładnie i z każdej strony, bo są różnorodne. To, że jeden stok jest miękki i łagodny, nie znaczy, że z drugiej strony nie będzie ostrego spadku dna z dużymi kamieniami. Jeden z jej stoków może schodzić na głębokość np. 5 m, a drugi aż na 20. Zanim postawię kotwicę, staram się dokładnie „obejrzeć” podwodne wzniesienie i nie stawać w pierwszym lepszym miejscu. Echosonda jest niezbędna, ponieważ wskazuje nie tylko ukształtowanie i charakterystykę łowiska, ale również pokazuje nam drapieżniki. Pamiętajcie jednak, że pojawienie się ryby na ekranie wcale nie oznacza, że ją złowimy, i odwrotnie – to, że echo nie pokazuje „bananów”, wcale nie znaczy, że ryb w łowisku nie ma. Czasem są tak blisko dna, że żadne echo ich nie pokaże!

 

Gruby okoń zacięty na przybrzeżnym stoku. Takie garbusy to ja mogę łowić!

 

Cyple
Teoretycznie mógłbym zaliczyć je do przybrzeżnych stoków, ale warto napisać o nich kilka słów. Podwodny cypel to taka trochę krzyżówka przybrzeżnego stoku z podwodną górką. Niby odchodzi od brzegu i łatwo go namierzyć, jednak ma dwa lub trzy stoki – więc prawie jak górka. Najciekawsze cyple to te, które pod wodą wrzynają się głęboko w jezioro, a ich podstawy znajdują się głęboko pod powierzchnią. Odwiedzają je regularnie nie tylko duże okonie, ale również toniowe szczupaki oraz sandacze – o ile występują w jeziorze. W zdecydowanej większości ich stoki są twarde, często z licznymi koloniami racicznic na dnie, a to znacznie podnosi atrakcyjność łowiska.

 

Taktyka łowienia
Jesienią sprawdza się klasyczny opad. Nie ma tu nic odkrywczego. Okonie stoją przy dnie, śledząc ławice drobnicy. O tej porze roku raczej nie zobaczymy polujących przy powierzchni garbusów, bowiem chłód jesiennych nocy i dni spędził drobnicę niżej. Tam też kręcą się okonie, choć w chwilach aktywności ruszają wyżej i ganiają swoje ofiary w toni.
Gdy już namierzę ciekawe miejsce, stawiam kotwicę na głębokiej wodzie i rzucam na płytszą, czyli łowię klasycznie. Kombinuję z przynętami, ich wielkością, pracą i kolorem. Czasem jednak warto zrobić coś na odwrót i ta teoria sprawdza się niezwykle często właśnie w naszej pasji. Przestawiam łódkę na szczyt górki lub podwodnego wzniesienia i rzucam w kierunku podstawy stoku. Niewielu wędkarzy tak robi, a czasem dopiero ten zabieg potrafi ruszyć niechętne drapieżniki. Oczywiście gdy zdecydujemy się na takie zaprezentowanie gumy, jej opad będzie krótszy, niż gdybyśmy łowili „z płytkiej na głęboką”, ale bywa równie skuteczny. Jeśli mimo to nie mogę doczekać się brania, a mam pewność, że okonie są w łowisku, stosuję jeszcze inne rozwiązanie – łowię „po stoku”. Stawiam kotwicę w połowie stoku i rzucam wzdłuż spadku dna. Zawsze staram się choć przez chwilę poszukać okoni w toni i czasem właśnie takie rozwiązanie jest najskuteczniejsze. To już ostatnia deska ratunku i jeśli teraz też nie doczekam się brań, zmieniam miejscówkę na inną.

 

Okonie są kanibalami, warto więc czasem sięgnąć po gumy w takich kolorach


Jesienią nie bawię się w małe gumeczki i cienkie żyłki. Owszem, to też bywa skuteczne, ale wolę pomachać nieco grubiej. Moim podstawowym orężem są wszelakie rippery w wielkościach od 5 do 9 cm (z uczciwości przyznam, że mam też kilka „czwórek” w pudełku, ale zakładam je tylko wtedy, gdy naprawdę jest beznadziejnie lub nic nie bierze…) oraz obowiązkowo „jaskółki” nie większe niż 10 cm. Nie interesuje mnie dłubanie „dwudziestaczków”, choć nawet taki okoń nie ma problemów z połknięciem tej wielkości gumy. O kolorystyce przynęt na okonie napisano już tyle samo tomów, co o gumach sandaczowych, więc nie będę się rozpisywał, bo nic nowego nie wymyślę. Mam w pudełkach wszystko, a przeważnie stosuję kolory naturalne (perły, srebrne, imitacje okoni i płotek), nieśmiertelne „motor oile”, brązy i fiolety. Teoria mówi, że jesienne drapieżniki wolą przynęty poruszające się wolno, majestatycznie. Moje spostrzeżenia tymczasem są takie, że… niekoniecznie. Okonie równie dobrze reagują na szybsze prowadzenie i na przeciążone gumy. Dlatego nie ograniczam łowienia ani do wyłącznie lekkich, ani tylko do ciężkich główek jigowych.
Zbliża się bardzo dobra pora na poszukiwanie pasiastych olbrzymów. Nie przegapmy tego czasu!


Tekst z "WW" 10/2017

 

Tekst i zdjęcia
Kamil „Łysy Wąż” Walicki

 

 

Dodane przez: Redakcja WW

Powrót do wszystkich

Komentarze

Jeszcze nikt nie dodał komentarzy do tego wpisu.

Dodaj nowy komentarz

Chcesz dodać komentarz? Zaloguj się